Adam Michnik: Pokłócić się z każdym to była polska specjalność. Odrzucamy tę złą tradycję

Adam Michnik
Adam Michnik lublincompl/CC Flickr
Adam Michnik odebrał niedawno w Wilnie nagrodę Polsko-Litewskiego Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia. Przy tej okazji powiedział, że nie ma sensu "kontynuowanie sporu polsko-litewskiego o cztery litery" [chodzi o brak możliwości zapisu polskich nazwisk na Litwie zgodnie z zasadami języka ojczystego] oraz że "obecna sytuacja na Ukrainie wymaga od Polski i Litwy gotowości do usuwania jakichkolwiek konfliktów między nami".

Wypowiedź Michnika ukazała się w lipcowo-sierpniowym numerze magazynu na iPada "W Punkt". Naczelny "Gazety Wyborczej" mówił:

- Jerzy Giedroyc był jednym z najwybitniejszych Polaków XX wieku. Poznałem go w 1964 roku w Maisons-Laffitte jako osiemnastolatek i miałem szczęście znać go wiele lat. Swoim myśleniem naznaczył on życie mojego pokolenia. A mówił tak: Kiedy nie ma innego narzędzia, trzeba rozbijać mur głową.

Giedroyc przykładał niesłychaną wagę do tego, że Polska powinna wyjść z koryta swojej złej historii. Mówił, że trzeba zreformować „zakon polskości”. To znaczy – że trzeba przełamać dwa stereotypy: pierwszy – stereotyp Polski mesjańskiej, Mesjasza narodów, który cierpi za innych i odkupuje grzechy świata, kompleks insurekcyjny, który każe ginąć w przegranych powstaniach, bo taki jest nakaz tradycji narodowej; i drugi – stereotyp endecki, nacjonalistyczny, który buduje polską tożsamość na wrogości i konflikcie ze wszystkimi sąsiadami. Mówił mi, że Polacy umieli się pokłócić z każdym sąsiadem i z każdą mniejszością narodową. Była to polska specjalność. Świetne stosunki mieli tylko z dalekimi krajami bez żadnego wpływu na to, co się działo w Polsce. Cat-Mackiewicz nazywał te relacje „sojuszami egzotycznymi”.

Szczególną wartość miało dla Giedroycia budowanie porozumienia z czymś, co nazywał „ULB”, czyli z sąsiadami: Ukrainą, Litwą i Białorusią. Jako pierwszy znaczący emigrant jasno oświadczył: Być może z tej emigracji nie wrócimy do Polski, ale już na pewno nigdy nie powinniśmy chcieć wracać do Wilna czy do Lwowa. Powiadał, że sens myślenia polskiego powinien być taki, że granic nie należy przesuwać – granice należy odryglowywać, otwierać. Myślę, że dziś, po aneksji Krymu przez putinowską Rosję te słowa są szczególnie aktualne.

W jakimś sensie dwa wielkie marzenia sformułowane przez Giedroycia się spełniły. Po pierwsze, nie ma dziś granicy między Polską a Litwą. Jest to najznakomitsze rozwiązanie wszystkich możliwych kompleksów historycznych w naszych krajach. Po drugie – Ukraina. Po raz pierwszy mogę głośno powiedzieć, że jestem dumny z mojego prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych, z państwa i narodu za to, jak w sprawie Ukrainy Polska potrafi się zachowywać. To jest całkowite odrzucenie złej tradycji endeckiej, budowanej na ukrainofobii, i złej tradycji mesjanistycznej, połączonej wymachiwaniem szabelką.

Sytuacja na Ukrainie to także lekcja dla narodów Polski i Litwy. Minione 25 lat było wspaniałym i spokojnym czasem, który się skończył. Weszliśmy w epokę wstrząsów tektonicznych. Od elit Polski i Litwy wymaga to szczególnej wrażliwości i szczególnej gotowości do usuwania jakichkolwiek konfliktowych sytuacji między naszymi narodami.

W relacjach polsko-litewskich nas, Polaków powinien obowiązywać mnożnik odpowiedzialności: to znaczy jeżeli jest nas dziesięć razy więcej niż Litwinów, to każda nasza wina jest dziesięć razy większa. Powinniśmy ponadto nauczyć się litewskiej wrażliwości i lęków wyniesionych z pamięci historycznej; zrozumieć, czym dla Litwinów było Wilno, oraz to, że w Polsce nikt nie wie, kim był Lucjan Żeligowski, a na Litwie wie o tym każde dziecko. Mogę tylko prosić Litwinów o wyrozumiałość dla polskich grzechów.

Spierać się możemy o różne rzeczy, ale kontynuowanie sporu polsko-litewskiego o cztery litery [chodzi o brak możliwości zapisu polskich nazwisk na Litwie zgodnie z zasadami języka ojczystego] naprawdę nie ma sensu.
Trwa ładowanie komentarzy...